Sobota. 167

Wstalismy dosyć wcześnie bo już o ósmej…

Kaca brak – to dziwne.

W mieszkaniu chlew jak to po imprezie.

Podłoga się klei – szampan przecież się wylał…

Ja do kuchni…

O Jezuuuu.

Zmywania jak na dorobku w Anglii.

Poł godziny przy zlewie i sytuacja opanowana.

Wielki worek ze śmieciami naszykowany do wyniesienia (czy my naprawde opróżniliśmy aż tyle butelek ???)

Czekam na telefon kolegi, który miał przyechać z Irlandii z telefonami dla mnie.

Żona wie tylko o tym, że sobie chce kupić telefon. Nie spodziewa się jeszcze tego, że sama też dostanie nowy.

Wyczekiwanie…

Zadzwoni czy nie zadzwoni ???

Dzwoni. Nareszcie.

O dwunastej na skrzyżowaniu.

Nadeszła dwunasta.

Zjawił się. Ma obydwa. Rozliczamy się, ja go jeszcze podwożę do miasta. Z żoną jedziemy dalej.

Każę jej odpakować pudełko i mówię że to co w środku jest dla niej.

Przeżywa szok.

Nie spodziewała się tego ani troche.

No to teraz biegiem ściągnąć simlocki.

W międzyczasie zakupy.

W Bacie super wyprzedaż. Wchodzimy żeby mi kupić buty. Niestety sklepy nie przewidują ewentualności, że mężczyzna może nosić rozmiar 39/40. Butów brak.

Ale dzięki temu w to miejsce Żona może sobie kupić pare innych ciuchów. Są świetne. Nareszcie zaczyna się mnie słuchać przy wyborze garderoby. Myślę że bardzo dobrze na tym wyjdzie.

Odbieramy telefony.

Działają.

A teraz ból, trzeba zapłacić. 90 PLN za każdy. Niestety ten model tak się ceni.

Jeszcze tylko przejściówka z angielskiej wtyczki i gotowe.

Wracamy do domu.

Ja mogę się spokojnie zacząć bawić telefonem.

Obiadek w piekarniku już pachnie.

A później już jest zwyczajnie.

Czyli spokojny sobotni wieczór spędzony na leniuchowaniu.