W sobotę 14 kwietnia odeszła moja Babcia.
Dostałem telefon, żebym szybko zawiózł Tate do niej bo umiera. Niestety nie zdążyliśmy. Dojechaliśmy jakieś 20 minut po fakcie. Myślałem, że będzie to wszystko dla mnie straszne. W końcu śmierć, martwe ciało, bliska osoba…
Jednak było to łatwiejsze niż bym się spodziewał. Babcia nas wszystkich przygotowała na swoje odejście. W trakcie świąt Bożego Narodzenia otarła się prawie o śmierć. Wtedy stawiliśmy się wszyscy bez wyjątku – wszystkie jej dzieci i wnuczki. Było smutno, płaczliwie, Ciemny pokój, gromnica itp.. Wszyscy płakaliśmy i milczeliśmy. Na szczęście udało jej się wtedy wyrwać ze szpon śmierci i nawet na dłuższy czas wróciła do całkiem niezłej sprawności (psychicznej bo o fozycznej mowy nie było). I pożyła te kilka miesięcy leżąc przykuta do łóżka. Po tamtym incydencie świątecznym moja Żona się śmiała, ze Babcia nam urządziła próbę generalną. Coś w tym było. Jednak jak wtedy staliśmy nad jej łóżkiem w skupieniu śledząc każdy oddech, do śmiechu nam nie było.
Załamanie przyszło przed Wielkanocą. Po kolei zaczęło wszystko nawalać, choć i tak wcześniej nie było dobrze sprawne. Babcia częściej była nieprzytomna jak przytomna. Ostatnie jej trzy dni to było leżenie, jęczenie i łapanie każdego oddechu z wielkim wysiłkiem. Aż w końcu, tak jak opowiadał Dziadek, nastała cisza. Po prostu jakby sprężyna w zegarze pękła i przestał tykać. Wtedy odeszła. Myślę, ze dla niej była to piękna śmierć. Babcia była głęboko wierzącą i religijną. W sobotę rano była odprawiana msza, zamowiona przez moją Ciocię, która się Babcią opiekowała. Taka była intencja mszy: "O wypełnienie się woli Bożej". Powiedzcie mi – czy nie może być piękniej ??? Do tego odeszła jak nasz Papież – w wigilię Niedzieli Miłosierdzia Bożego. Na pewno o taką śmierć Babcia się modliła. Do tego umarła tak jak chciała – w domu przy bliskich.
Tak sobie siedzieliśmy przy Babci, która już nie żyła, byliśmy spokojni, smutni, ale w pewnym sensie zadowoleni z tego, ze skończyły już się jej cierpienia. Ona sama chciała odejść. Nie miała już sił zmagać się z chorobą. Nawet Dziadek przez łzy mówił:
– To dobrze, Już się nie męczy. Już ma spokój. Już ją nic nie boli…
A łzy ciekły mu po policzkach. Ale mógł się ze swoją "Żoneczką" pożegnać. Spokojnie, w zaciszu domu, w towarzystwie najbliższej rodziny.
To był smutny dzień, jednak każdy z nas miał świadomość tego że to dla Babci był radosny dzień. Wiem, że brzmi to szokująco, ale jestem o tym głęboko przekonany.
Następne dni ubiegły na przygotowaniach do pogrzebu, który odbył się w czwartek 19 kwietnia. Na pogrzebie było dużo ludzi. Nawet się nie spodziewaliśmy, ze tyle ludzi odprowadzi ja w ostatnią drogę. Było chłodno, jednak świeciło mocne słońce. Tak jakby niebo się rozstąpiło, żeby Ją do siebie przyjąć. Kwiatów było mnóstwo. Cału grób przykryty grubą ich warstwą. Do tego wiele zniczy. To było piękne. Jeśli oczywiście można tak powiedzieć.
Później rodzina zebrała się na obiedzie. Szkoda, że zazwyczaj w tak szerokim gronie rodzina zbiera się przy okazji pogrzebów, ale tak to już jest. Poznałem rodzinę której nigdy w życiu na oczy nie widziałem.
To by było na tyle. Musiałem podzielić się swoimi wrażeniami – sami przyznajcie – jak można się smucić wiedząc i widząc takie rzeczy.