Kapuściana wiosna.

Wreszcie pojawiła się kapusta, która jest już dosyć nabita, dzięki temu nie trzeba kupować pięciu główek, żeby ugotować jedną porcję. Jej cena przy obecnych cenach warzyw jest też w porządku. Dzięi temu wczoraj zrobiłem młodą kapustę z mięsem. Pyszne danie, dietetyczne, na czasie, jednogarnkowe i można tego ugotować więcej i mieć na kilka dni. A przy wszystkim, nie ma dużo roboty. Zdecydowanie polecam.

Powrót po jakimś czasie, już na swoim.

Niestety stało się, Agora zamknęła swoją platformę blogową. Blox.pl przeszedł do historii.
Na szczęście dali szansę piszącym. Dzięki przygotowanym plikom, udało się przenieść zawartość bloga. Nawet bez żadnych problemów.

Może jeszcze nie jest pięknie ale to nie jest jeszcze forma docelowa. Na pewno zmieni się jeszcze trochę szata graficzna, na pewno dojdą jeszcze wtyczki, ozdobniki i inne umilacze życia. Najważniejsze jedna, żeby była chęć pisania. Bo mówiąc szczerze troszkę mnie to zmobilizowało do tego, żeby pojawiały sie tu więcej niż 4 wpisy rocznie.

Także ten… Trzymajcie kciuki.

Volta – Nowy film Juliusza Machulskiego

Wróciliśmy niedawno z kina. Najnowszy film Juliusza Machulskiego – Volta rozbawił nas tak jak miał rozbawić. 

Nie został przez krytyków dobrze oceniony, jednak ja wolę zawsze się przekonać o tym na własne oko. I nos mnie nie zawiódł. Film naprawdę dobrze się oglądało. Dostarczył nam taką dozę humoru, jakiej się spodziewaliśmy. Nie jest to może komedia na której non stop byśmy się śmiali do rozpuku. Jednak powoduje rozluźnienie, poprawia nastrój, a kilka razy zdarzyło się nawet, ze cała sala prychnęła śmiechem. 

Reżyser wrócił do swoich korzeni. Widzę tu mocne podobieństwo do Seksmisji czy Kingsajzu. Film naszpikowany aluzjami. Czasami zawoalowanymi, a czasami bijącymi widza między oczy swoją bezpośredniością. Do tego ciekawie i zaskakująco poprowadzona fabuła. 

Krótko mówiąc polecam film. 

Jednak jedno ale. Film na pewno spodoba się takim zadeklarowanym przeciwnikom obecnej władzy, jak ja. Zwolennicy albo nie zrozumieją aluzji, albo będą uważali że Machulski wrogiem narodu jest. 

P.S. Miałem wstawić tu zwiastun filmu, ale na mój gust za bardzo spoileruje. 

P.S. 2 Scena z drabinką i gronostajem miażdży. 

Zamieszanie z samolotem.

Na samym początku, chciałbym podziękować wszystkim, którzy tu wczoraj w poszukiwaniu filmiku z lądowania i startu AN-124 w Łodzi, zajrzeli. Jednocześnie chciałbym wszystkich przeprosić za to, że nic takiego nie zobaczyli. Nie zobaczyli, bo lądowanie odbywało się z przeciwnej strony lotniska, niż ta na którą mam widok, a start wyglądał tak, że samolot momentalnie skrył się w chmurach.  Jeszcze raz wszystkich zawiedzionych przepraszam. 

Dziękuję wszystkim za wejście, bo dzięki Wam zostałem wyróżniony jako Blog Tygodnia na Blox.pl

Blog_Tygodnia

 

Mam nadzieję, że zdopinguje mnie to do częstszego publikowania.  

Jutro 1 września…

Dzieci idą do szkoły. Nie wiem dlaczego, ale pierwszy raz się niesamowicie stresuję. A w sumie Krzyś idzie już 3 raz do szkoły we wrześniu, więc powinienem być spokojny. 

Jednak nie jestem. 

Dlaczego? 

Pewnie nie bez znaczenia są przejścia z zeszłego roku. Nie pisałem o tym bo to zbyt prywatne rzeczy były, poza tym mogło być niewygodne dla nauczyciela. I mogłóby pozwolić na jego identyfikację. Było minęło i mam nadzieję, ze nie wróci. 

Jednak w tym roku dochodzi coś jeszcze. 

Zmiany w oświacie. 

Coś co wprowadza niepewność. 

Coś co powoduje, ze nie wiemy co nas czeka. 

To ma być niby dobra zmiana? 

To że zmiana jest wprowadzana tylko po to, żeby udowodnić, że partia rządząca jest w stanie zmienić to co jest, Po trupach do celu.. Bez zastanowienia, czy robimy coś dla dobra dzieci. 

Szkoła śni mi się od przynajmniej tygodnia. Śni mi się w wersji skomplikowanej, czyli jako skrzyżowanie korpo ze szkołą. W skrócie: muszę pisać klasówki, z wyników których rozlicza mnie moje kierownictwo. Moja głowa podświadomie cały czas przetwarza temat szkoły. 

Co mają powiedzieć dzieci? 

Całe szczęście, że w większości nie rozumieją tematu. 

Polityki nie będzie.

Dzieje sę, oj dzieje w naszym pięknym kraju. Dzieje się tak, że czasami ma się ochotę krzyczeć, wrzeszczeć, a nawet pisać… Jednak podjąłem decyzję, że polityki tutaj nie będzie. Ale nie będę też od niej stronił, w świetle bieżących wydarzeń. Dlatego też reaktywowałem starego swojego bloga dotyczącego polityki, w którym od dzisiaj jeśli będziecie zainteresowani, będziecie mogli poczytać mój opis świata polityki widziany moimi nieobiektywnymi oczami. 

Żeby nie było jęku zawodu. Nie będę się silił na jakikolwiek obiektywizm. Wszystko będzie przedstawiane subiektywnie, według tego jak ja widzę, a nie jak powinno się widzieć. Wszystkich chętnych zapraszam do czytania: Niepoprawny Politycznie

UWAGA NIEPOPRAWNY POLITYCZNIE

Lepsze wrogiem dobrego.

Lepsze wrogiem dobrego.Wczoraj przyszlo mi instalowac u klienta MS Office. Niby nic takiego. Rzadko mi się to zdarza, z dwóch względów. Po pierwsze mało ludzi decyduje się na używanie oryginalnego MS Office’a, po drugie teoretycznie jest to na tyle mało skomplikowane, że ludzie radzą sobie z tym sami. Dlaczego mało się decyduje? Tylko i wyłącznie przez jego cenę. 500 PLN za wersję do uzytku domowego (sugerowana cena MS to 599 PLN) to bardzo dużo. Dlatego część ludzi decyduje się na wersje piracjie, a duża część na darmowe odpowiedniki (np Libre Office).
Ale do sedna. Kiedyś instalacja Office’a była prosta. Wkładało się płytę, wpisywało kod, wybierało komponenty do zainstalowania, klik, klik i max po 15 minutach (na słabej maszynie) Office był gotowy do użycia.
Wczoraj usiadłem do komputera. Był na nim zainstalowany Office w wersji Trial ograniczonej czasowo. Po uruchomieniu informował, że czas już się zakończył i zachęcał do wpisania dwudziestopięcioznakowego kodu. Akurat taki kod miałem. Teraz nie kupujemy płyty, tylko sam klucz, który dziwnym trafem miał te 25 znaków. Wpisałem. Office odpowiedział, że kod jest poprawny. Jak bardzo się ucieszyłem, że instalacja zostanie przeprowadzona w mgnieniu oka. Office poprosił mnie tylko o zalogowanie się na konto Microsoft. Pomyślałem sobie OK. Przecież teraz licensja jest przypisywana do takiego konta. Bez zastanowienia spełniłem jego oczekiwania i założyłem swojemu klientowi takie konto. Po zalogowaniu się na nie, zostałem poproszony o pobranie instalatora. Znów nie wietrzyłem żadnego podstępu, moja czujność była uśpiona tym, że przecież Office’owi podobal się mój klucz, który wpisałem. Instalator pewnie ma za zadanie poprawienie tego co było na dysku w wersji demonstracyjnej. Coś usunie, coś doda, 15 minut i po zabawie. Ściągnąłem i uruchomiłem instalator. Ten coś pomielił, coś dociągnął, coś pomyślał i wypluł komunikat, że nie może dalej działać, bo na komputerze znajduje się wersja oprogramowania, która mu nie pasuje i jak chcę sobie zainstalowac Office’a to tamtego muszę usunąć.
No dobrze. Usunąłem. Usuwanie trwało i trwało, co najmniej tak długo jakby jakiś skryba wymazywał pliki żyletką z dysku. Udało się.
Uruchomiłem instalatora. Czekam, czekam, czekam… Nic się nie dzieje. No dobra, może coś nie tak kliknąłem, w końcu TouchPad w laptopie czasami płata figle. Uruchamiam go drugi raz. Czekam, czekam, czekam… Zadzwonił do mni telefon. Odebrałem, porozmawiałem. Znowu jakaś namolna oferta. Koniec rozmowy, spojrzenie na ekran. Instalator uruchomił się dwa razy. Z czego jedna jego instancja twierdzi, ze nie moze pracować, bo brak dostepu do internetu. Dzwiny komunikat, ale dobrze, ze przynajmneij nie wchodzą sobie w drogę. Zamknąłem. Druga instalacja ciągnie coś z Internetu. Bardzo szybko uzyskujemy 90%. Ostatnie 10% trwa 5x dłużej niż pierwsze 90…
W końcu coś miga na ekranie i mamy komunikat, ze teraz pliki sa instalowane, żeby nie wyłączać komputera, ani nie przechodzić do stanu offline, jeśli chodzi o Internet. OK. Niech się instaluje. 13%… 13%…. 13%…. i tak przez kolejne 15 minut… Instalator się zawiesił. Ubijam proces. uruchamian znowu wcześniej ściągniętego instalatora. Wszystko ma już przecież pobrane, więc powinno pójść błyskawicznie. Niestety za plecami czai się Murphy i jego prawa. Instalator ściąga pliki od nowa… I znowu ślimaczące się ostatnie 10%. Na szczęście tym razem instalator kończy swoją pracę, bez zawieszenia się. Czas instalacji: 90 minut. Paranoja. W tym czasie można zainstalować Windows’a. Przynajmniej którąś z jej starszych wersji.
I teraz najllepsze. Czy klienta mam skasować za 1,5 roboczogodziny? Przecież mnie zabije śmiechem. Wystawić fakturę do Microsoftu, za stracony czas?

Postępy

16756495365_34abbf79e4_q1Od mojego wpisu o zborsuczeniu udało mi się uzyskać pewne efekty. Przede wszystkim udało mi się uzyskać póki co efekt systematyczności ćwiczenia. regularnie we wtorki i czwartki prosto z pracy udaje mi się dojechać do miejsca wypacania i wymęczania kalorii. Na każdą taką wizytę przypada od 800 do 1000 kcal wymęczonych kalorii. do tego jedzenie – udaje mi się powoli dostosowywać odpowiedni jadłospis. Jeszcze nie do końca, ze względu na różne organizacyjne sprawy, ale już jest coraz lepiej.  W dodatku od czasu do czasu udaje mi się znajdować czas na rower. Czasami jest on wykorzystywany tylko w celach transportowych, czasami rekreacyjnie. Jednak za każdym razem to też sa spalone kalorie. Póki co nie widać jeszcze spektakularnych efektów, ale na te trzeba jeszcze zaczekać. Jestem dobrej myśli. Pierwszym efektem jest to, ze waga przestała rosnąć, a mam wrażenie, jakby powoli drgnęła w stronę niższej, ale na takie osądy jeszcze za wcześnie. 

A póki co załączam Wam fotki z mojej wczorajszej przejażdżki – 40 km po Łodzi. 

2015-03-08 11.27.47 

 2015-03-08 11.28.32

2015-03-08 11.29.45 

2015-03-08 12.14.48 

2015-03-08 12.15.37 

2015-03-08 12.16.42 

2015-03-08 12.18.12 

2015-03-08 12.51.29 

 

 

Zborsuczałem.

W zeszłym roku udało mi się sprawić, ze moja waga zaczęła systematycznie spadać. Aż do lata. Latem najpierw się mocno zatrzymała, żeby potem zacząć powolutku, aczkolwiek systematycznie wzrastać. Na dzień dzisiejszy waga odzyskała swój stan z początku zeszłego roku, dorzucając jeszcze jakieś pojedyncze kilogramy od siebie. 

Ale (mam nadzieję) z tym koniec. Od dzisiaj czas się zabrać za siebie. Na dobry początek zacząłem od tego, że nie kupiłem sobie rano maluteńkiej drożdżóweczki do kawy… Kawa bez niczego tak jakoś dziwnie… ale trzeba być twardym. 

Drugi krok to wycieczka na siłownię. Oczywiście nie w celu podnoszenia ciężarów. Bieżnie, rowerki, stepery i inne wyciskacze potu, to na początek. Potem się pomyśli. Może jakiś Spining czy Indoor Cycling. Najpierw ważne żeby waga złapała ujemny trend. 

Najgorsze są dwie rzeczy. Permanentny brak czasu. Tutaj będzie ciężko, ale trzeba sobie to jakoś tak rozplanować, żeby się udało. Chyba najlepszym rozwiązaniem będzie wpisanie na sztywno wizyt na siłowni. Zobaczymy jak to wyjdzie w praktyce. 

Drugą problematyczną rzeczą jest utrzymanie rygoru dietetycznego. Nie dość, ze moja wola nie należy do najsilniejszych, to jeszcze moja kochana rodzinka z Żoną na czele nie bardzo jest skłonna do przejścia na rygor dietetyczny. Słabo wychodzi wcinanie rzeczy dietetycznych przy patrzeniu jak inni jedzą smakołyki. Ale największym problemem jest prowadzenie osobnego menu dla siebie i reszty. To jest chyba najbardziej kłopotliwe. 

Macie może jakieś wskazówki i porady, które mogłyby pomóc? 

Doczekałem się…

Pomocy z prawdziwego zdarzenia. 

Nie wiem co dzisiaj było rozpylone w powietrzu, ale Krzyś nad mocno zaskoczył swoim zachowaniem. Zdecydowanie pozytywnie zaskoczył. 

A szczytem wszystkiego było dobrowolne pozmywanie naczyń. Dodam, że nigdy jeszcze tego nie robił sam. Przynajmniej nie tak na poważnie.

 

Krzyś myjący naczynia.